trzeci rok...

Drodzy drugoroczniacy, jeśli łudzicie się, że na trzecim roku będzie lżej to przestańcie to robić. Nie będzie. Nie będzie ani lżej, ani łatwiej, ani przyjemniej, ani normalniej, za to wydział będzie was co raz bardziej zaskakiwać. Płaczę przez łzy czytając notatkę o poprzednim semestrze – „Nowy semestr to nowa energia, a na wiosnę zawsze mam większą motywację, aby sesję zamknąć jak najszybciej.”. Życie weryfikuje takie poglądy, nigdy nie przypuszczałam, że będę cieszyć się z niezdanego egzaminu… 



Zacznijmy może jednak od początku. Na pewno sprawdziliście już jakie będziecie mieć przedmioty w semestrze zimowym (mikrobiologia, farmakologia, farmacja, patofizjologia, diagnostyka kliniczna i laboratoryjna, ochrona zdrowia publicznego w stanach zagrożeń – o części z nich już pisałam). W letnim zaczniecie kurs z patomorfologii, chirurgii ogólnej i anestezjologii oraz parazytologii. Dlaczego VI semestr w moich oczach i oczach moich znajomych był najgorszym okresem na studiach? Do tej pory oczywiście, przestałam się oszukiwać, że będzie łatwiej… To był najgorszy czas, bo wszystko się nakładało na siebie. Nie było tygodnia bez kolokwium (albo kolokwium i poprawki), ba był czas, gdy pisało się 4 koła tygodniowo. Jakby im wszystkim – prowadzącym – nagle zaczęło zależeć na tym, żeby odebrać nam sen. Może to kwestia mojego niezorganizowania i lenistwa, ale naprawdę – z ręką na sercu – z przerażeniem patrzyłam w kalendarz. 

FARMAKOLOGIA – Przedmiot kobyła, worek bez dna… . Standardowo uczymy się o lekach, substancjach, które zostały wycofane z użycia (zawsze mogą znowu pojawić się na rynku). Przedmiot jednocześnie ciekawy, przydatny, ważny i nudny jak flaki z olejem, ale to zapewne za sprawą formy ćwiczeń. Pierwszy semestr obejmuje leki działające na ośrodkowy i autonomiczny układ nerwowy (zajęcia polegały na napisaniu wejściówki i udaniu się do domu na spoczynek), letni semestr przyniósł nam kosmiczne zaliczenie z antybiotyków, leków działających na poszczególne układy (pokarmowy, oddechowy itd.), leków przeciwpasożytniczych  itd. Dużo, dużo, dużo materiału do ogarnięcia. A każdy prowadzący miał swój własny sposób na egzekwowanie wiedzy.  MOŻNA BYĆ ZWOLNIONYM! Z całości egzaminu, gdy było się naprawdę bardzo pilnym studentem lub z części teoretycznej, gdy w trakcie semestru podwinęła nam się noga, ale dwie pozostałe części (recepty i preparaty) napisaliśmy bardzo dobrze.
Egzamin składa się z trzech części:
  •          Recepty
  •          Preparaty weterynaryjne
  •          Teoria
Aby być dopuszczonym do teorii (tj. do odpowiadania z Rolińskiego) należy zaliczyć dwie pozostałe części, co wcale nie jest takie łatwe. Recept, które musicie wkuć na blaszkę jest 60 – niby nic, ale sami się przekonacie, że jest to bezsensowne tracenie czasu, sztuka dla sztuki. Preparatów, z których należy zdać test (a w tym roku testo-uzupełniankę) jest około 260 – jeśli zaczniecie się zgłębiać, to znowu okaże się, że połowa z nich, jeśli nie większość nie jest dostępna na terenie RP, została wycofana z obrotu, straciła licencję etc. Zapomniałabym, przed samą sesją piszecie kolokwium z recept oraz preparatów – tylko po to, żeby w 7-14dni później pisać to wszystko jeszcze raz! Repetitio est mater studiorum!

PATOFIZJOLOGIA – jeden z tych przedmiotów, z którego nie jest wstydem oblać egzamin. To właśnie o nim myślałam pisząc o niezdanym zaliczeniu. Aby dostać dopuszczonym do egzaminu ustnego, należy zaliczyć semestr oraz egzamin testowy. Między testem a odpowiedzią u profesora jest dzień przerwy, który należałoby wykorzystać na wkuwanie całego materiału, a uwierzcie, jest co wkuwać – w tym roku wyniki zostały podane popołudniu, następnego dnia od godziny 8 rano zaczęła się odpytka. Całkiem uzasadniona wydaje się więc moja radość z oblania testu, na pewno mój wewnętrzny leń jest bardzo rad z  tego powodu. Wróćmy jednak do przedmiotu. Na pewno jest interesująco, zagadnienia są ciekawe, a pierwszy semestr jest do przejścia. W drugim tematy stają się coraz trudniejsze – łatwiej jest odpaść. (Wypożyczcie sobie Patofizjologię zwierząt autorstwa Fitko i zdobywajcie materiały od starszych roczników, dobrych podręczników z weterynaryjnej patofizjologii nie uświadczycie w naszej bibliotece). Zapomniałabym! MOŻNA BYĆ ZWOLNIONYM Z EGZAMINU! O czym oczywiście decydują oceny.

DIAGNOSTYKA KLINICZNA I LABORATORYJNA – Musicie wyposażyć się w młoteczki i plezimetry (my kupowaliśmy to całym rokiem), które służą do opukiwania zwierząt gospodarskich oraz stetoskop. Część zajęć odbywa się ze zwierzętami – nie cieszcie się zbyt szybko, zajęć takich nie ma zbyt wiele, co na pewno się zmieni, jak w końcu postawią nam nowe kliniki. Część jest oczywiście teoretyczna – ta większa część. Ważne jest to, żeby przychodzić w odpowiednim obuwiu i stroju – w stajniach śmierdzi okrutnie, a zapach utrzymuje się długo i trudno go z siebie zmyć (lub też ja odnosiłam takie wrażenie). Nie polecam obwieszania się biżuterią, gdy ma się zajęcia z panią doktor T., pomalowane paznokcie też odpadają. Książek do diagnostyki jest mnóstwo: Badania kliniczne w diagnostyce chorób wewnętrznych zwierząt domowych – Nicpoń; Diagnostyka kliniczna zwierząt - Walter Baumgartner; Weterynaryjna diagnostyka kliniczna - János Mócsy i inne. Z tego egzaminu podobnie jak z chirurgii można być zwolnionym (i polecam, naprawdę polecam przysiąść do tego, bo szkoda jest zmarnować taką szansę. Chociaż… jeśli plotki o odejściu profesora się potwierdzą to całkiem możliwe, że zwolnień nie będzie.). Egzamin składa się z dwóch części. Egzaminu praktycznego oraz części ustnej u profesora. Nie zdanie egzaminu praktycznego, a mało kto go zdaje (podobno) skutkuje wrześniem… .

PATOMORFOLOGIA – potrzebujecie zeszytu do ćwiczeń oraz zestawu kredek. Przedmiot wydaje się być przyjemnym, ale uwaga trwa trzy semestry! W pierwszym zajmujemy się histopatologią, w kolejnych będziemy uczyć się przeprowadzać sekcje zwłok.

CHIRURGIA OGÓLNA I ANESTEZJOLOGIA – przedmiot przyjemny, a którym będziecie musieli napisać dwa kolokwia z anestezjologii (radzę się przyłożyć, bo można być zwolnionym z tej części egzaminu, a jest to największa składowa przedmiotu), zaliczyć narzędzia chirurgiczne oraz szycie. Będziecie więc potrzebować igłotrzymacza (np. Mathieu) lub peana, igły (wielorazowej, do której potrzebować będziecie kawałek muliny lub jednorazowej, która na stałe przymocowana jest do nici). Poza anestezjologią i ćwiczeniami praktycznymi (będziecie mieli możliwość nauczenia się wykonywania wkłucia zewnątrzoponowego, iniekcji podskórnej, domięśniowej itd.), pojawią się także zagadnienia związane z leczeniem ropni, ran etc.

PARAZYTOLOGIA – trwa dwa semestry, a warunkiem zaliczenia przedmiotu i dopuszczenie do egzaminu jest odbycie stażu parazytologicznego – pieszczotliwie określanego stażem z kupy. Ach ta dekantacja i flotacja! Pierwsze zaliczenie z metod wykrywania jaj oraz z podstawowych definicji miało formę ustną, kolejne już w formie testowej. Nie jest źle, prowadzący są kochanymi ludźmi – jeden z najmilszych zakładów na CollVecie.


Złapałam oddech na chwilę, na bardzo krótką chwilę. Muszę wracać do książek - do chirurgii i farmakologii. Powodzenia na egzaminach! 

10 komentarzy:

  1. Jak to jest z tą chirurgią? Każdy robi wkłucia, iniekcje i tak dalej? Pytam, bo słyszałam mnóstwo negatywnych opinii na temat lubelskich klinik - na przykład , że studia kończą ludzie, którzy w życiu nie zrobili zastrzyku, a duża część zajęć praktycznych polega tylko na przyglądaniu się. Ile jest w tym prawdy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od podejścia studenta, naprawdę.
      Nikt nikogo do niczego nie zmusza. A to, że większość studentów się nie wyrywa do takich zajęć... . W mojej grupie wkłucia zewnątrzoponowe wykonali wszyscy - jak było z iniekcjami, nie wiem, odbębniłam swoje jako pierwsza i poszłam dalej :).
      (Daleko przykładów szukać nie muszę, na zajęciach ze zwierząt laboratoryjnych /fakultet/ mogliśmy nauczyć się robić iniekcje podskórne, domięśniowe, dootrzewnowe na szczurze lub króliku - w zależności od typu zastrzyku - itd. na palcach jednej dłoni mogłabym policzyć osoby, które zaliczyły wszystkie iniekcje, ba jeszcze mniej spróbowało zasondować szczura (próbowałam, nie udało mi się). I nie wynikało to bynajmniej z faktu braku zwierząt czy zniechęcenia prowadzących...)

      Prawdą jest to, że studia nie dają zbyt wielu możliwości zdobycia takich umiejętności, a jeśli już się pojawią to nalezy z nich korzystać, czego wielu nie rozumie.


      IMHO więcej dały mi praktyki - dobrowolne! - w gabinecie niż zajęcia na uczelni. Większości jednak nie chce się bawić w wolontariat, a efekty jakie są takie są - obowiązkowych praktyk klinicznych jest niewiele.

      PS. Przepraszam za koszmarki językowe, ale ciągle siedzę nad tą nieszczęśną farmakologią...

      Usuń
    2. Dzięki za odpowiedź! W sumie to trochę mnie pocieszyłaś, bo jak na razie wszyscy moi starsi znajomi tylko mówią, żeby uciekać stąd jak najdalej... A ja wcale nie jestem do tego pomysłu przekonana.

      Co do wolontariatu to bezskutecznie się o taki staram. Żaden gabinet ani lecznica w moim rodzinnym mieście studentów nie przyjmuje, a ja właśnie na wakacje chciałam się gdzieś zaczepić, więc nie uśmiecha mi się szukać czegoś w Lublinie. Choć też pewnie nie mieliby miejsca.

      Usuń
  2. Nie wiem jak jest na innych uczelniach, wiem jak jest u nas. I wiem, że nie jest różowo. ALE! Jeśli ktoś wierzy, że po studiach medycznych (czy to LEK czy WETA) będzie miał masę umiejętności praktycznych w małym paluszku, to niech przestanie w to wierzyć. Wszyscy młodzi lekarze, których spotykam - nie ważne czy weci czy ludzcy - mówią jednogłośnie, wszystkiego musieli nauczyć się sami.

    PS. Gdybym mogła/miała okazję i sposobność/ zmienić uczelnię to zmienila bym ją tylko i wyłącznie na uczelnię zagraniczną.

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że u Was też farmakologia to porażka... Na lekarskim też uczyliśmy się bez sensu nazw WIELU leków już od dawna wycofanych, nieużywanych, zapomnianych, ziół (kto to w ogóle używa?!), pisania maści (oczywiście od tego czasu wymogi zmieniły się już tysiącpięćsetstodziewięćset razy)... Przedmiot kompletnie nieprzydatny (może za wyjątkiem antybiotyków). Trzymam kciuki za udaną sesję! Pocieszający jest fakt, że pamięć się ćwiczy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście udało mi się ten egzamin pchnąć. Szkoda tylko, że semestr letni wykończył mnie na tyle - gąbczasta encefalopatia mózgu/martwica rozpływna mózgu i te klimaty ;D - że z patofizjologią spotkam się we wrześniu. Ale co tam! Każdy kiedyś musi stoczyć kampanię wrześniową.

      PS. Na farmacji ucieraliśmy nawet maść kamforową!
      PS2. Recepta na maść Wilkinsona zawsze spoko!

      Usuń
  4. Witam:)
    w tym roku chcę iść na niestacjonarną wet w Lublinie. Mam takie pytanie, czy student/lekarz jest zabezpieczony przed ewentualnym atakiem agresywnego zwięrzęcia?? Gdy np. pies jest agresywny i nie jest wykluczona wścieklizna to co wtedy?? To są moje jedyne obawy przed tymi studiami.
    dziekuję z góry za odp:)
    Pozdrawiam!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się, abyśmy byli w jakikolwiek sposób zabezpieczeni przed atakiem jakiegokolwiek zwierzęcia. W tym zawodzie trzeba być szybkim, sprytnym, odważnym, pewnym siebie (pewnym tego co się robi!) i trzeba myśleć. Nie miałam nigdy takich rozterek, dlatego muszę zastanowić się nad odpowiedzią.
      Muszę się zastanowić nad Twoim pytaniem, jak przyjdzie mi coś konkretnego do głowy to skontaktuje się z Tobą osobiście.

      PS. Zanim na studiach zaczniesz mieć kontakt z żywymi zwierzętami to sporo czasu upłynie. Nasze zwierzaki uczelniane są spokojne i nieagresywne, a zanim wkręcisz się w kliniki i zanim pozwolą Ci cokolwiek zrobić przy pacjencie to minie jeszcze więcej czasu.

      Usuń
  5. Hej, hej, to znowu ja :)
    Dostałam się na wolontariat do lecznicy (jednak!) i bardzo się cieszę, ale nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Możesz opisać jakieś swoje doświadczenia, jak wyglądały Twoje pierwsze dni praktyk?
    PS. Jak poszła farmakologia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze dni na wolontariacie upłynęły mi na czytaniu książek - moje początki zbiegły się z otwarciem gabinetu. Wakacje były już fantastyczne. Najpierw oczywiście musiałam zaznajomić się z położeniem leków, urządzeń itd. Później zaczynałam sama nabierać leki - lekarz ordynował ile czego, teraz pytam tylko ile zwierzak waży, bo jednak dawkowanie po iluś razach samo wchodzi do głowy ;). W między czasie przytrzymywałam zwierzęta, wygalałam je itd. Doktor pokazywał jak przygotowuje się pacjenta do zabiegu, jak układa narzędzia do wyjałowienia itd.

      Wszystko zależy od lekarza i od tego jak bardzo Ci ufa. Pierwsze dni to naprawdę kwestia zaznajomienia się z ludźmi, ułożeniem gabinetu, obsługą programu komputerowego itd.

      BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE UDAŁO CI SIĘ DOSTAĆ NA WOLONTARIAT! To świetna przygoda.

      Usuń